Strategie tłumaczeniowe w tłumaczeniu pojęć fantastycznych

Słowem wstępu: nic się więcej z tego nie urodzi, to nudne i głupie, nie chce mi się też robić bibliografii, więc wrzucam na bloga.

Teksty fantastyczne bogate są w neologizmy lub archaizmy, przekład których nie jest rzeczą łatwą ani prostą. Z reguły zakorzenione są w kulturze języka oryginału, a ich odpowiedniki w kulturze języka docelowego rzadko kiedy są dokładne. Poniższy tekst przedstawia kilka możliwych strategii przekładu elementów folklorystycznych. Ze względów na moje osobiste doświadczenia, tekst najczęściej korzysta z par angielsko-polskich, rzadziej niemiecko-polskich lub polsko-angielskich.

            1. Zapożyczenie

Najprostszym przekładem jest brak tworzenia neologizmu, wyszukiwania polskiego odpowiednika, w zamian używając oryginalnego pojęcia, na przykład ‚zombie’, ‚troll’, ‚oni’, ‚nosferatu’. Niektóre z nich funkcjonują w języku polskim, w dość potocznej polszczyźnie (np. ‚troll internetowy’). Powyższe przykłady same są zapożyczeniami z innych języków obecnymi w angielszczyźnie, co dowodzi braku dokładnych ekwiwalentów w kulturach odległych od pierwotnej (‚oni’ nie jest ścisłym odpowiednikiem ‚demona’). Są to także dobrze zakorzenione w kulturze pojęcia – ‚troll’ jest dość generycznym określeniem istoty nadprzyrodzonej (por. norweskie ‚trullman’ – ‚czarodziej’). Przykładem z kręgu anglosaskiego (właściwie celtyckiego) może być ‚banshee’ – choć przekład „Harry’ego Pottera” Andrzeja Polkowskiego tłumaczy to jako kikimora (patrz niżej) – to jednak wiele tekstów zachowuje oryginalny przekład. Podobnie słowo ‚elf’ weszło już w zasadzie do ogólnej polszczyzny.

W oryginale pozostawiane są też często neologizmy autora, np ‚ork’, ‚mohr’, i tym podobne zwroty.

Nietłumaczone są (lub przynajmniej lokalizowane) często są nazwy własne. Nazwy fantastycznych miast jak Waterdeep czy Neverwinter nie są lokalizowane, choć są one bardzo przejrzyste – jednak co ciekawe, w niektórych tłumaczeniach Candlekeep, miejsce z tego samego świata tłumaczy się jako Świecową Wieżę. Inną ciekawą zbieżnością jest tłumaczenie nazw fikcyjnych nacji czy grup etnicznych, zaś pozostawianie imion oraz nazw miejsc w oryginale – dochodzi więc do sytuacji gdzie Riverwind i Goldmoon wywodzą się z Ludu Rzeki, a nawet Brightberries Dojrzewające Nocą. Nazwy „mówiące” są tłumaczone znacznie częściej, pozostawiane w oryginale są jednak zazwyczaj by oddać sens kulturowy – po części za to krytykuje się przekład „Władcy Pierścieni” autorstwa J. Łozińskiego, w przekonaniu wielu czytelników „niepotrzebnie” starający się oddać wyjątkowo angielski (a więc „swojski” dla domyślnego czytelnika oryginału) charakter wielu miejsc za pomocą polskich neologizmów. Czasem wprost przeciwnie, chodzi tu o zachowanie egzotyki miejsc – proste i przejrzyste toponimy mogą kojarzyć się angielskim czytelnikom baśniowo – a pozostawienie ich w oryginale może zapewnić polskiemu czytelnikowi wrażenie egzotyki.

Neologizmy pozostawiane w oryginale są raczej rzadko stosowane, zazwyczaj daje się znaleźć polski lepiej lub gorzej brzmiący ekwiwalent (np. ‚Earthsea’ – ‚Ziemiomorze’). Być może nie starczyło inwencji tłumaczowi cyklu Spellsinger, pozostawił bowiem tytułową profesję muzycznego maga w oryginale.

Pewna grupa neologizmów, czyli fikcyjne słowa pochodzące z fikcyjnych języków nie jest i nie powinna być tłumaczona – czasem jednak trudno dostrzec, czy słowa są fikcyjne czy też są jakąś grą słów lub szyfrem. W „9 i pół żywotach kapitana Niebieskiego Misia” występuje postać nazwana Qwertz Uiop – zaś znaczenie tego imienia jest ewidentne dla każdego korzystającego z klawiatury… niemieckiej. Zastąpić możnaby je w polskim przekładzie Qwerty… Choć to oczywiście niewielka zmiana – być może francuski przekład nazywa tego bohatera Azerty.

1.1. Transkrypcja

Specyficzną odmianą zapożyczenia jest transkrypcja, czyli przystosowanie słowa do fonetyki i gramatyki języka docelowego. Przykładem może być tu ‚Hogwart’s’ w przekładzie Polkowskiego zmienione na ‚Hogwart’, jak pisze tłumacz: „na wzór Oxfordu czy Harvardu” (zwłaszcza że nazwa tego drugiego uniwersytetu pochodzi od nazwiska), lub imię bohatera Fritza Leibera, w oryginale pisane raczej niepolsko, bo ‚Fafhrd’, w polskim przekładzie brzmi ‚Fafryd’, jak Zygfryd czy Gotfryd.

Interesującą kwestią jest tutaj ‚lych’ (‚lich’, czyli ‚licz’ lub ‚lisz’ po polsku). W rozmaitych grach RPG czy komputerowych to potężny nieumarły czarnoksiężnik, słowo to jednak nie jest neologizmem ale archaizmem w angielszczyźnie, oznaczało niegdyś po prostu ‚zwłoki’ (por. archaiczne ale używane słowo ‚lychgate’ – brama cmentarna). Przykładem wtórnej transkrypcji (prawdopodobnie) mogą być przekłady nazw istot pierwotnie pochodzących z mitologii słowiańskiej – np. ‚veela’ JK Rowling stają się „wiłami” u Pokowskiego.

            2. Ekwiwalencja

Chyba najczęściej stosowaną strategią przekładu fantastycznych pojęć jest znalezienie polskiego ekwiwalentu. Nie zawsze jest to oczywiste; choć wydawać się może że niemal dokładnym ekwiwalentem angielskiego ‚witch’ jest ‚wiedźma’, to jednak nie jest to takie proste: ‚witch’ może być użyte wobec mężczyzny, lub jak większość słów angielskich stanowi dogodną bazę słowotwórczą (‚bewitched’). Z drugiej strony, w porównaniu do ‚czarownicy’, która spełnia dwa powyższe wymagania, ‚wiedźma’ jest ekwiwalentem etymologicznym (‚witch’ od ‚wikken’, ‚wiedźma’ od ‚wiedzieć’). W wypadku męskiej wiedźmy można naturalnie tworzyć neologizmy (jak ‚wiedźmin’ Sapkowskiego, lub ‚wiedźmiarz’ Piekary), jednak nie zawsze jest to możliwe.

Inny przykład to polskie słowo ‚duch’, które może odpowiadać angielskim ‚ghost’ (czyli duch osoby zmarłej), lub ‚spirit’ (istota duchowa, np. duch opiekuńczy), które mogą oznaczać dwa różne rodzaje stworzeń. Ze strony angielskiej mamy też np. ‚genie’, ‚jinn’ czy ‚d’jinn’ które tłumaczymy na polski jako ‚dżin’, choć istnieją inne określenia, jak ‚geniusz’ czy nawet ‚duch lampy’.

Często oczywiście mamy do czynienia z parami egzonimicznymi, określającymi jakieś dobrze znane stworzenie mityczne – ‚basilisk’ przełożymy zawsze jako ‚bazyliszek’, zaś ‚catoblepas’ jako ‚katoblepas’. Z reguły takie przykłady są w miarę proste i intuicyjne, problem pojawia się jednak wtedy gdy polski odpowiednik jest raczej mało znany – teoretycznie odpowiednikiem ‚channelingu’ jest ‚kanałowanie’ – to ostatnie jednak typowemu czytelnikowi nie kojarzy się ze przewodzeniem mocy magicznej – nawet jeśli polska ezoteryka używa tego pojęcia w tym sensie. Jeszcze innym problemem może być kompletnie odmienne zastosowanie pojęcia w stronie oryginału – choć np. dość dobrym tłumaczeniem, tak pod względem kulturowym jak i semantycznym jest para ‚changeling’ – ‚odmieniec’ (pomijając oczywiście potoczne znaczenie słowa), to jednak w świecie Eberron słowo changeling nie oznacza dziecka podrzuconego przez istoty nadprzyrodzone, a istotę zdolną zmieniać swój kształt. Tłumacz stoi wtedy przed dylematem – zachować tłumaczenie, czy stworzyć własny neologizm?

            3. Neologizmy docelowe

Z reguły gdy nie istnieje zakorzeniony w polskiej kulturze odpowiednik jakiegoś pojęcia, jest ono jednak dość zrozumiałe dla czytelnika oryginału, lub gdy wymagają tego inne względy na przykład gramatyczne czy potrzeba rymu lub skojarzenia, tłumacz zastępuje dobrze ugruntowane pojęcie fantastyczne neologizmem.

Najbardziej klasyczne wydaje się pojęcie ‚krasnolud’ – oryginalne słowo ‚dwarf’ najlepiej przetłumaczyć chyba na polski jako ‚karzeł’ w kontekście Albericha i innych istot tego rodzaju. Prawdopodobnie za „zgrubienie” słowa ‚krasnoludek’ odpowiada tłumaczka „Władcy Pierścieni”, Maria Skibniewska – co jest analogiem tolkienowskiej liczby mnogiej – zamiast „dwarfs”, jak w „Snow White and the seven dwarfs”, mamy ‚dwarves’.  Pojęcie to ugruntowało się w polskich przekładach książek fantasy, jak i w lokalnych dziełach.

Innym przykładem może być tłumaczenie nazwy potwora „wurm” jako „rubak” przez tłumacza cyklu „Magiczne królestwo”. Choć „wurm” to rodzaj smoka czy wielkiego węża w mitologiach germańskich, to w tym wypadku zmianę podyktował wygląd potwora, jak i fakt że jest to zmieniony magicznie robak. ‚Doppelganger’ jest również germańskim potworem, jednak słowo to jest obecne w potocznej angielszczyźnie; niektóre przekłady pozostawiają tę nazwę w oryginale, inne przekładają je jako ‚sobowtórniak’, czy ‚zmienniak’.

            3.1. Neologizm wtórny

Wariantem tej strategii jest przekład pojęcia neologistycznego na zmyślony neologizm. Przy wprowadzeniu istoty nie istniejącej w mitologii, tłumacz może tak zapożyczyć jej nazwę z angielskiego, jak i oddać ją „po swojemu”. Należą tu pojęcia urobione od mitycznych istot – „dragonborn”, „witchling”, „tiefling”, które tłumacze często oddają przez skojarzenia z polskimi odpowiednikami: „smokowiec”, „wiedźmik”, „diablę”. Innym przykładem mogą być neologizmy znaczeniowe: „sourcery”, czyli „magia będąca źródłem magii”, w Polsce przełożono jako „czarodzicielstwo” czyli magię rodzącą magię (tłumacze innojęzyczni czasem nie zrozumieli źródłosłowu, tłumacząc słowo na ‘kwaśne czary’).

3.2 Neologizm pierwotny

Teoretycznie możliwe jest też zastąpienie neologizmu dość utrwalonym w języku docelowym pojęciem. To jednak zdarza się dość rzadko. Może być skutkiem błędu tłumacza, lub istota mityczna może pasować do stereotypu kultury rodzimej. Nie jest mi jednak znany przykład takiego przekładu.

Reklamy

Fandom, fandom ssie!

W sumie zastanawiałem się czy w tym roku nie wystartować w PMMie, ale lektura regulaminu i komentarzy do zeszłorocznej edycji miały spore szanse wybić mi ten pomysł z głowy. Ja prowadziłem parę razy D&D 4e, system który z natury ma inne nastawienie niż stereotypowo polskie jesiennogawędziarsko-wodziarskie-samurajskie smęcenie. Teraz, z początkiem listopada 2010 roku nie mam chęci na Monastyr,  L5K o sepuku, czy na nowy Świat Mroku (stary zresztą też), ale mam ochotę na epickie fantasy, Misspent Youth albo film akcji na d20 modern. Jeśli ktoś będzie np. prowadził WFRP 3e, z chęcią pójdę zobaczyć jak to działa.

Zresztą, już pierwszy rzut oka na kryteria oceny w PMM zapala u mnie małą lampkę ostrzegawczą. „Przedstawienie świata”? Co to do kurwy nędzy ma znaczyć? „Dobry Mistrz Gry opisem powoduje, że wszyscy przenoszą się do tamtego świata.” To nie jest immersja, tylko schizofrenia. Jak przeczytałem o tym, że jeden sławny MG poprosił kolegę by przebrał się za templariusza i wszedł w szczytowym momencie sesji, wiedziałem, że nie chcę grać u takich MG. Może idę w drugą stronę. Może mam nikłą wyobraźnię, może jestem cynikiem, ale osobiście, uważam wciąganie w inny świat za coś lekko chorego.

Kwiatków z kryteriów jest więcej: „Gracz strzelał do człowieka na dachu – jaką miał szansę trafienia?”, no kaman. Ani razu, ani jednego razu w regulaminie nie pada słowo mechanika, granie zgodne z systemem, czy podobne pojęcia. Co więcej: „Dużo punktów powinien dostać Mistrz, którego świat wydaje się być „naturalny” – to, co faktycznie jest łatwe, jest łatwe i u niego, to samo z rzeczami trudnymi.” Na wczorajszej sesji bohater z helikopteru zmienił się w łódź podwodną i spadł w rojącą się od piranii rzekę. Czy dostanę za to dużo punktów?

„Dużo punktów powinien dostać MG, który prowadzi przygodę na niemieckim okręcie podwodnym z okresu II Wojny Światowej, dysponując niepojętą niemalże wiedzą na temat tych czasów.” #kurwaco Nigdy w życiu już nie zagram w Gwiezdne Wojny z geekiem Star Wars. Przynajmniej z takim, co nie może się zamknąć, i do każdego napotkanego stwora poprawia MG, poświęcając co najmniej 10 minut na prawidłowe i kanoniczne omówienie absolutnie wszystkich jego aspektów. W życiu. Jasne, odrobina wiedzy, czy sensowne rozeznanie w temacie są ważne, ale jak straciliśmy pół sesji w Crystalicum kłócąc się na temat ról szypra, bosmana i kapitana, dłużej tego nie chcę poprawiać.

„Oceniamy ilość pracy włożoną w przygotowanie gry.” No sorry, ja bardzo lubię improwizację. Oczywiście, lubię też nerdziaste podniecenie, lubię rysować mapy czy wymyślać staty wrogów, ale według mojej prywatnej oceny dobry MG to taki, który potrafi o siódmej rano dostarczyć grupie trzech, czterech osób rozrywki porównywalnej z obejrzeniem fajnego filmu.  W sumie zastanawiam się, czy nie poprowadzić Icons z losową generacją fabuły. Co więcej, przecież to się kłóci z implikowaną powyżej znajomością tematu.

Od jakichś czterech lat nie robiłem żadnego soundtracku na sesję (czasem włączałem coś nastrojowego, ale po prostu jako tło muzyczne). W sumie teraz dzięki temu że jest PRZYSZŁOŚĆ!! mogę wrzucić coś na kartę pamięci i dać sątrak z telefonu, ale czy warto?

Zresztą, fakt że trzeba poprowadzić stworzony przez organizatorów scenariusz, mierzi mnie dość. Oczywiście trzeba go dostosować do swojego świata, ale jedyny znany mi przykład nie jest zbyt zachęcający. Krótko mówiąc  – ROK 1990 BYŁ 20 LAT TEMU. W sumie to Furiath napisał, czym otworzył mi oczy, że doklejanie do RPG etykietki sztuki jest żałosne, bo dorosła/dorastająca młoda osoba wstydzi się przyznać przed samą sobą, że spędza trzy godziny w miesiącu udając elfa/wampira/superbohatera.

Jeśli chodzi o gry, na konwent wezmę pewnie Icons (wydane w 2010), SW (2003), Wolsunga (2009), i PDQ (2007). To zastanawiające (i niezbyt związane z tematem tego zrzędowpisu), ale tak jak w wypadku innych moich fandomowych znajomych, ja też cenię te gry także ze względu na szacunek wobec ich twórców. Bardzo lubię twórczość autorów tych czterech gier, myślę, że są fajnymi ludźmi, choć spotkałem tylko kilku z nich (note to self: wysłać pochwalnego maila do Chada Underkofflera, albo zabulić wreszcie za Swashbucklers of the seven Skies i zrobić reckę). W sumie to nieco hipokrytycznie z mojej strony, krytykować ‚kult Wicka’ gdy samemu jestem kultystą Kensona (nie wiem czy porównywalnie. Ale odbiegam od tematu.

Pewnie decyzję o tym, czy wziąć udział w PMM i w jakim charakterze podejmę dopiero na konwencie. Na pewno chcę poprowadzić niejedną sesję i zagrać w systemach, które mnie zaciekawią. To, jak będę oceniany, przez kolesi czy kolesi kolesi nie ma tak naprawdę znaczenia, bo jak powiedziała parę lat temu finalistka „nie ma najlepszych MG i graczy, wszyscy są fajni”.

Krótka piłka #2

Hej misiaczki. Z pewnością umieracie z niecierpliwości, chcąc wiedzieć, co u mnie słychać. Krótki zestaw wieści z frontu zatem.

  • Tłumaczenie Super Powers Companion (Przewodnika Superbohaterów) jest praktycznie skończone. Dziś zacząłem robić poprawki i szlifować tekst, do zrobienia zostało też parę tabelek i kilka dyskusji nad brzmieniem nazw poszczególnych mocy. Tekst jest zbackupowany, i warto było odpocząć od niego przez weekend by zobaczyć, że nie jest aż tak niezgrabny aż sądziłem. Oczywiście, nie jest to wersja finałowa i na pewno wiele się w niej zmieni. Z wielu rzeczy nie jestem zadowolony, i pewnie obgadam je jeszcze ze znajomymi… Ale tak czy siak, pierwsze pięć rozdziałów, czyli połowa książki jest gotowa. (druga połowa to przykładowe superłotry)
  • Aby to uczcić, zaczynam cykl poświęcony grom o superbohaterach, po części mający zapełnić lukę po Kaczkach z Kaczogrodu. Poprzedni wpis możecie więc uznać za pierwszą część cyklu, chcę też w jego ramach zapodać kilka tekstów, które będą opisywać trykociarski styl gry. Na razie nie wiem jeszcze, co konkretnie opublikuję (mam w szufladzie kolejny tekst, ale skorzystałby on bardzo na mechanice, której polskiej wersji nie będę publikował aż do ukazania się Brawurowych Światów).
  • Poprowadziłem pierwszą przygodę do Peacekeepers. Osobiście niezbyt mi leżą „raporty z sesji”, chyba że są jakoś funkcjonalne (na zasadzie – kazałem graczom opisać 3 znajomych, potem wplatałem ich w grę, fajna sztuczka, też spróbujcie), ale chyba teraz mogę trochę się pochwalić. Wprowadziłem więc trzech ważnych NPCów: Kapitana Nixa, maniaka z własną łodzią podwodną, Hqrru, kosmicznego mutanta i, o tym gracze jeszcze nie wiedzą, jedynej (na razie) istoty mogącej opowiedzieć im o losie Hiperkostki, oraz oczywiście samą Cesarzową Zła… przed którą BG schowali się :). W każdym razie, grało się fajnie, gracze zagłębiają się w fabułę i moją intrygę, gdzie los świata rozstrzygnie się w kosmosie.
  • Być może właśnie dodatkowe materiały superbohaterskie na tym blogu będą oparte o tę kampanię. Wprawdzie prowadzę ją wykorzystując ICONS, ale przeciwnicy i przygody sprawdzą się na mechanice SWPSB. Może też znajdą się tu materiały związane z innymi prowadzonymi kiedyś przeze mnie kampaniami i settingami, poproszę też o pomoc znajomych…
  • Co do Kaczek z Kaczogrodu, to w wolnej chwili postaram się skrobnąć ich opis. Aha, Czarny Rycerz w ogóle niestety wypadnie. To fajna postać, ale będzie musiała poczekać do czasu Brawurowych Światów.
  • Zacząłem też skrobać różne teksty do Wolsunga, ale na razie są to tylko szkice, bo w te dzikie i odludne strony jeszcze się nie zapuszczałem.
  • W nadchodzącym numerze Gwiezdnego Pirata powinny znaleźć się moje trzy teksty; nieautoryzowany opis Serenissimy do Wolsunga, oparty zresztą o moją kampanię w mieście, jednostrzałówka do SW stylizowana na Dwa Miecze, a tak naprawdę będąca generycznym fantaziakiem, oraz coś, co mam nadzieję, rozpocznie minicykl rzeczy multiwersalnych. To opis siedmiu przedmiotów z siedmiu dziwnych settingów; mam nadzieję że opiszę m.in. siedmiu najemników, siedmiu przeciwników i siedem krótkich lokacji.
  • Bardzo się cieszę, że pojawi się moja pierwsza publikacja na kolejnym portalu, zwłaszcza że uważam, że taki tekst powinien znaleźć się w podręczniku podstawowym Savage Worlds.
  • A co w planach? Chcę napisać coś SF, ale na przeszkodzie stoi mi fakt, że poza SW (które nie są SF) nigdy nie prowadziłem nic fantastycznonaukowego. Cały czas kombinuję przepisanie Karabinów Atlantydy.
  • Przejrzałem też Smallville RPG. Serialu (i słusznie) nie oglądam, ale widzę, w jaki sposób system kładzie nacisk na osobisty rozwój postaci i wykorzystywanie więzi między BG i NPCami. Jest to kolejna gra, w którą chciałbym zagrać, ale nigdy nie poprowadzę.
  • Na szczycie listy zakupów obecnie znajduje się PDF Freedom City. $10 za drugi najlepszy znany mi setting? Muszę wykorzystać szybko tę promocję, chyba że jeszcze stanieje po wyjściu trzeciej edycji… której już nie planuję kupić.

Po Avangardzie

Konwent był świetny, jeden z najlepszych, na jakim byłem. Wrażenia psuł tylko upał i duchota, sprawiające, że byłem zdekoncentrowany. Na szczęście w sobotę wieczór spadło ciśnienie, i można było w niedzielę się skutecznie odświeżyć. Ale za pogodę nie odpowiadają orgowie (choć pewnie możnaby coś zorganizować, by zmniejszyć skutki, np. kupić czy pożyczyć kilka wentylatorów i ustawić je w salach prelekcyjnych, ale jasne, nie czepiam się).

Miło będę wspominał LARP Monkey Island, z dawna wyczekiwaną sesję Wolsunga u Garnka, prelekcję rince’a o czarnym kryminale, bardzo fajną prelkę o autorkach Sheverisha, rozmowę o TSOY z Darkenem, prelki wydawnictwa Gramel, i warsztaty Wolsungowe. Moje prelki były na różnym poziomie: PRLowska okazała się być kompletnym niewypałem, kulturoznawcza wymagała większej interakcji i naprawdę większego przygotowania (ale myślę, że nie była zła).

Natomiast warsztaty MG pod hasłem: „Dlaczego najfajniejsze pomysły RPGowe na konie zawsze słyszy się przy piwie?” okazały się całkowitym sukcesem, zapełniły salę, i będę je powtarzał na każdym konwencie. Dwie godziny na dyskusję poświęconą różnym tipsom niesamowicie mnie zainspirowały, i dziękuję wszystkim, którzy w nich uczestniczyli. Byliście świetni, do zobaczenia za rok.

Poznałem (przy coli) kilka też fajnych osób, m.in. Darkena, Hajdamakę, Tomasza Wolskiego czy Jagmina. Dzięki wielkie dla wszystkich, z którymi mogłem pogadać, mam nadzieję, że was nie zanudziłem będąc bezwstydnie trzeźwy.

Oprócz grania w niesamowitą sesję Wolsunga (Garnek naprawdę kocha ten system), udało mi się też poprowadzić Savage Worlds, a konkretnie przygodę, którą możecie znaleźć już na stronie wydawnictwa Gramel: Zagubieni w Andach.

Wszystkim kaczkofanom zaglądającym na tego bloga serdecznie polecam tę przygodę. Napisałem ją, by pokazać, co gry RPG mogą wynieść z komiksów. To jedna z ulubionych historyjek samego Carla Barksa, i mam nadzieję, że będziecie ją przeżywać też przy własnych stołach. Jeśli zagracie lub poprowadzicie tę przygodę, dajcie mi znać.

Drużyna (niestety, jak ostatni debil zapomniałem zanotować ich nicków czy imion) z powodzeniem wyszła obronną ręką z niebezpieczeństw, świetnie odgrywała postaci i w ogóle w pełni zasłużyła na bycie pierwszą grupą, która ten scenariusz rozegrała. Postaci wybrali sobie z edycji kolekcjonerskiej (Tomek, Simba i inni), przenieśliśmy je tylko o 20 lat w przód. Specjalna wzmianka należy się Oli (nie dam się pociąć za imię), która za świetne odgrywanie i niesamowite pomysły w pełni zasłużyła na prezent, czyli mój stary podręcznik do SWEXa w edycji angielskiej.

Jeśli już jesteśmy przy SWEXie, ci, którzy czytali raport wydawnictwa Gramel, wiedzą już, że będę tłumaczył dla Gramela pewne rzeczy – w tym chyba pierwszy podręcznik nie-pinnacle’a, na który wydawnictwo dostało licencję. Rzuciłem już na to okiem i jestem zachwycony, bo książka idealnie nadaje się na pierwszy podręcznik pulp, który wyjść ma po polsku. Natomiast to druga rzecz, którą się zajmę, bo albowiem ponieważ gdyż będę lokalizował coś innego, coś co też wspomniane jest w dzisiejszym raporcie Gramela. Myślę, że nie trzeba być Gandalfem dedukcji, by zgadnąć, co wymaga polskiej edycji. 🙂

No i kupiłem sobie w końcu Lyonesse! Świetne, i wiem w jakim mieście będę prowadził następną kampanię Wolsunga. Z ostatniej chwili! Tricoleur… znajdzie się w podręczniku! (fajerwerki!). Co do mojego wkładu w przyszłe dodatki do mojej ulubionej gry – by nie zapeszyć (jak łatwo zgadnąć Gramel ma pierwszeństwo), na razie zająłem się procesem kreatywnym puszczając sobie Enyę i „I bless the rains down in Africa” (oraz szwagierkolaskę), oraz czytając o różnych ciekawych miejscach na ziemi.

To był dobry rok

Przede wszystkim skończyłem studia. Nieco żałuję niebycia już studentem, ale jestem pierwszy w rodzinie z wyższym wykształceniem. Nie tak dawno dostałem pracę, tuż przed końcem roku. Niezbyt dobrze płatna, ale za to w zawodzie. Z rzeczy zawodowych również dawałem korki długo i intensywnie. Chodziłem na rozmowy o pracę – kilka było pozytywnych, ale trudno było załatwić sobie i mieszkanie i pracę, która na to mieszkanie zarobiłaby. Skończyłem też kilka tłumaczeń – w tym jedno RPGowe. Innym osiągnięciem jest praca w TVP jako wolontariusz przy organizacji konferencji INPUT. Pisałem teksty do biuletynu, i opiekunka naszej grupy bardzo mnie chwaliła – co sprawiło że zacząłem rozważać też karierę dziennikarza. Na rozważaniach może się skończyć. Są to według mnie osiągnięcia niebagatelne. Fakt, nieco ucierpiało na tym moje życie prywatne ale cóż.

Zacząłem oglądać w końcu seriale. Dałem się namówić. W kategorii serial roku bezapelacyjnie króluje Garth Marenghi’s Darkplace – rzecz brytyjska, sprzed kilku lat, ale przezabawna. Na miejscu drugim niesamowicie komiksowy The Middle-Man, zaś niewiele poniżej na miejscu trzecim – Chuck. Z kategorii fajne-acz-nie-dla-mnie polecam Life On Mars – chyba tylko dla maniaków CSI, i to takim którzy lubią takie mindfucki. Z kategorii klasyk roku to Get Smart – po obejrzeniu remake’u przypomniał mi się film Naga Bomba i zacząłem oglądać oryginalny sitkom z lat 60. Jest mocny. Na miejscu drugim Arabella – kto nie oglądał w dziecięctwie ten gupek. Rozczarowanie roku to egzekfo 30 rock i Better Off Ted, nie lubię workcomów. Co nie znaczy że są to sitkomy złe. Z głupich acz zabawnych sitkomów obejrzałem jeszcze HIMYM – świetne dla fanów Friends i Scrubs – ogólnie miodne.

Z literatury niezbyt wiele w tym roku udało mi się przeczytać. Nie pamiętam książki, która utkwiłaby mi w tym roku w pamięci. Pochwalę się tylko że udało mi się kupić Amerykańskich Bogów, edycję rozszerzoną i Unseen Academicals Pratchetta. Co do wrażeń z tej ostatniej, recka jest na polterze. Ale oprócz rzeczy beletrystycznych udało mi się też w końcu kupić przewodnik po Polsce „Polska niezwykła” – świetny przewodnik nie pokazujący tylko muzeów ale też miejsca po prostu ciekawe i wyjątkowe. No i Areas of My Expertise i More Information Than you Require – absolutnie przezabawne.

RPGowo – kupiłem D&D4, Savage Worlds, Wolsunga, pdf Sciona, przeglądnąłem też Klanarchię (może-fajne-acz-nie-dla-mnie) i ogólnie udało mi się nadrobić zaległości RPGowe – po części w ramach riserczu do magisterki. Ale najważniejsze osiągnięcia w tym roku miałem trzy: poprowadziłem Wolsunga (+5 do prowadzenia Wolsunga), napisałem 32-stronicową przygodę na Quentina, która spodobała się jurorom i zacząłem pisać setting – jak na razie 36 stron, i powoli zabieram się za kampanię. Magisterka, traktująca o RPG jako zjawisku kulmasy również się w tym mieści. Swoją drogą, właśnie odzyskałem do niej prawa autorskie, więc mogę jej fragmenty wrzucić na bloga 🙂 Pograłem i poprowadziłem – trochę na IRC, trochę na żywo u beacona i przymierzam się do sesji przez google wave. Szukałem miejsca do gry w Wolsunga w realu i dość średnio mi to wychodzi. Cóż. Przyjdzie wiosna, może będzie lepiej 🙂

Komiksowo, podobnie jak książkowo, niewiele wryło mi się w pamięć. Na bieżąco staram się śledzić fascynujące przygody Spider-mana (to się robi głupsze z miesiąca na miesiąc), Iron Mana (nie jest tak głupie), Kapitana Ameryki (wiecie że już zmartwychwstał?). Zapoznałem się z serią Nextwave, i jest ona czystą sieką. Anty-Watchmenami. Komiks przezabawny, przeczytać trzeba. Spoza Marvela sięgnąłem w końcu po serię Invincible i momentalnie stałem się fanem.  To mainstream. Ale nadrobiłem też zaległości i sięgnąłem w końcu po Wieczną Wojnę i Incala. Zapoznałem się też z klasyką klasyki – kanonem Charlesa Barksa i Dona Rosy – ich historyjkami o Sknerusie McKwaczu. Don Rosa to chyba jedyny przykład fanboja który był absolutnym geniuszem i tworzył lepiej niż obiekt jego podziwu. Życie i Czasy Sknerusa McKwacza powinny być lekturą obowiązkową dla każdego kontynuatora lub kogoś tworzącego w Expanded Universe. Z rzeczy na pograniczu komiksu – ostatni album o Tytusie jako Powstańcu Warszawskim (a przy okazji powtórzyłem wszystkie kanoniczne księgi).

Komiks sieciowy: bezwzględnie „Nobody Scores„. Bezkonkurencyjny, żaden inny komiks inetowy nie zmusza mnie tak do śmiechu. Cały czas trzyma mocny poziom.

Muzycznie najbardziej mnie w tym roku poruszył Jarek Nohavica, genialny czeski bard. Nasłuchałem się też Kaczmarskiego, ale bardzo się zestarzał.  „Objawienie muzyczne” z braku laku to grupa Spięty – rzecz solydna.

Film roku: The Fall – straszny wyciskacz łez. Na drugim miejscu Gran Torino, na trzecim Kung Fu Panda. Gdzieś na wysokości „Cud Purymowy”. Mocny środek to „Przenicowany świat”.

Gra komputerowa: Mount and Blade, głównie dlatego że mój laptop coraz bardziej się starzeje. Na miejscu drugim pierwszy RTS, który mi się spodobał – Rise of Legends. Poza tym odświeżony Dungeon Crawl Stone Soup, Strong Bad’s Cool Game for Attractive People, Torchlight, Tycoon City.

Ogólnie, 2009 był dla mnie dobrym rokiem, i mam nadzieję że 2010 będzie równie dobry.

Widziałeś kiedyś bibliotekę w stylu wiktoriańskim? przy tych wszystkich piętrowych półkach i drabinach bibliotekarz albo ma w sobie więcej genów z małpich przodków albo wcześniej czy później kończy karierę ze złamanym karkiem / kończynami

Trochę o byciu tfurcom

Jednym z nielicznych plusów bycia bezrobotnym jest nadmiar wolnego czasu. Coraz więcej tego nadmiaru przeznaczam więc na RPGowe projekty: fanowskie tłumaczenia, scenariusze, materiały na sesje. Jeden z efektów tego nadmiaru czasu widzieliście jakiś tydzień temu, inne może zobaczycie niedługo. Zresztą, równie dobrze mogę napisać, co mam aktualnie na tapecie, może ktoś zgłosi się do pomocy, a może ujawnienie tego publicznie zmotywuje mnie do działań? Jeśli coś wam się podoba, piszcie, może okaże się że nie mam słomianego zapału.

Czytaj dalej