Powrót syna ssającego fandomu


Nie będę się rozpisywał, jak było na Falkonie, mam zażalenia, orgowie powinni załapać o co chodzi, większość czasu spędziłem bowiem na PMMie, mniejszość na bloku wolsungowym. Odwiedziłem chyba tylko dwie prelekcje poza nim, i konkurs praczetowski, który, naturalnie, wygrałem. Trochę się poimprezowało, trochę pograło, ani razu nie zajrzałem do Games Roomu.

W każdym razie, PMM. Wziąłem udział, dotarłem do półfinału, gdzie odpadłem. Zaletą punktowanych systemów jest to, że nie porównywano mnie in plus czy in minus z innymi MG, więc mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie było tak źle.

Byłem bardzo wysoko oceniony w kategorii „Samopoczucie graczy” (4,5 w półfinale, w eliminacjach wyprzedził mnie w tej kategorii jedynie OIDP beacon, zwycięzca), która jako jedyna jest dla mnie sensowna, czuję się więc moralnym zwycięzcą 😉

Natomiast jeśli chodzi o drugą podwójnie punktowaną kategorię to „Prowadzenie to przede wszystkim umiejętność przedstawienia świata gry, namalowania w głowach Graczy tego, co widzą ich postacie, przekazania wizji scenariusza”. Nie dla mnie. Zdecydowanie nie wobec mnie. Mistrzowanie to zespół wielu umiejętności, spośród których opisy miejsc i akcji są tylko jednym z wielu elementów, i to wcale nie tym najważniejszym. Chyba na pierwszym planie stawię po prostu fakt, że jest to spotkanie towarzyskie.

Wziąwszy takie nastawienie pod uwagę, nie powinno dziwić więc że miałem bardzo niskie oceny z komunikatywności oraz bardzo wysokie z „Samopoczucia graczy”…

Ale.

Jak się było w liceum, to się grało i próbowało rozkręcać fajne drużyny. Po jednej z naszych pierwszych sesji mój kumpel Marek rzucił „Fajnie prowadzisz, ale kurczę za mało opisów”. Pod tym względem od jakichś… ośmiu lat niemal się nie rozwijam niestety. Gram postaciami, nie światem. A gdy opisuję postać, skupiam się na szczególe, nie na ogóle – podając jeden czy dwa istotne szczegóły – np. wszyscy możemy wyobrazić sobie anioła – ale dodam że anioł nosi kapelusz i to go odróżnia od innych. A następnie skończę opis, bo jest to Anioł w Kapeluszu. Więc owszem, dzięki sędziom PMM że mi o tym ponownie przypomnieli.

Dalsze dwie kategorie są mniej istotne – Elastyczność jest rzeczą dyskusyjną, ponieważ nikt poza mną nie wie, o czym myślałem, zaś Przygotowanie MG jest idiotyczne i cały czas faworyzuje MG, którzy mają przewagę, bo np. stać ich na rekwizyty, czy mają czas na przygotowanie.

W ramach PMM poprowadziłem dwie sesje:

Wolsung: Szósty Syn Straszliwego Szejka – jest to adaptacja przygody „The Torturer’s Apprentice” do GURPSa (ci, którzy mogliby zagrać ze mną, uwaga na spoiler), przeniesiona w realia imperium Atmanu. Może niepotrzebnie, nie jest bowiem bardzo „steampunkowa”. Na szczęście… jest to chyba najzabawniejsza przygoda, jaką czytałem i rozegrałem.

Fabuła jest prosta – BG są w więzieniu, strażnik może ich uwolnić, jeśli zabiorą go do księżniczki przez cały pałac, pełen nerwowych słoni, kłótliwych bab, czy wścibskich strażników. Potem nastąpią kolejne komplikacje, inspirowane nieco filmem „Weekend u Berniego”.

Przygodę poprowadziłem nastawiając się na siłę nieco na „cotygodniową, typową sesję”, co powiedziałem graczom, bo „jeśli będę skupiał się na wyjątkowej grze, to nie będzie gry, a staranie się”. Niepotrzebnie też przygotowywałem muzykę – gracze ją krytykowali bo była za głośna, nie był też to soundtrack, a muzyka, tło czy ozdoba (ścieżka dźwiękowa z disnejowskiego Aladyna i jeden z mój ulubionych albumów – „The book of Secrets” Loreeny McKennit).

BG byli (zarys stworzony przeze mnie), nie pamiętam imion niestety, może organizatorzy konkursu kojarzą

– pan Giovanni, dżentelmen z królestwa Scylli, który nauczył się na kolanach babci paru przydatnych zaklęć (niziołek rytualista, złodziejaszek) – ukradł sporą część sesji, świetne pomysły, gracz b. wygadany, ale nie pamiętał o karcie postaci – w tym o swoich mocach magicznych, oczywiście dlatego, że sam nie robił tej postaci.

Lady Jane, arystokratka z Alfheimu – pierwsza sesja RPG ever, ale graczka (pewnie dziewczyna powyższego gracza) przekonała się chyba do tej rozrywki 😀 siedziała cicho, więc od czasu do czasu wciągałem ją w grę, chyba z pozytywnym skutkiem.

– Pan Vitold Szmit (or whatever), ogr szpieg ze Slawii – przygoda zakłada, że najsilniejszy członek drużyny musi przebrać się w damskie ciuszki, gracz nie zawiódł moich oczekiwań – choć odzywał się rzadziej od pierwszego był bardzo kreatywny i miał niezłe pomysły.

– Pan Edmund Wilkowski, człowiek generyczny myśliwy – bardzo dobrze dopasował się z powyższym bohaterem (w sumie powstały więc dwie pary),  lubił dość analizować sytuację. To właśnie jego wzięto za raszidina.

Moje niedopatrzenia:

Niespójność, i brak ścisłości. Graczom mylił się emir z sułtanem (a w przygodzie żadnego sułtana nie było), syn szejka z wezyrem itd. Swoją drogą, zadziwiające, ale i tak pomimo nienazywania doradcy emira ‚wezyrem’, gracze zawsze się kapują że to jest wezyr. Nie byłem precyzyjny, ale dlatego też że ja nie mam dokładnych wizji opisywanych sytuacji, tylko wrażenia czy problemy. Na przykład, pomimo, że poprowadziłem to 2 razy, znów zapomniałem, że książę nie „przybywa”, ale wypuścili go z lochu. To jego ojciec, straszliwy szejk Szasassan.

Kiepskie opisy – z początku zaczynałem opisywać, potem mi się odechciało. Opisywałem sytuacje (jest tłoczno, słonie są bardzo podenerwowane, na rynku roi się od służących), ale nie dokładnie. Nie wiem jak w zasadzie miałbym „czarować słowem”. Zastanawia mnie, co zrobiliby sędziowie, gdybym powiedział coś w stylu – „i wygląda to tak:”, pokazując w tym miejscu obrazek. Z braku opisów wynika brak komunikatywności – i rozumiem że konkurs na Najlepszego Prowadzącego to uwzględnia – ale w zwykłych pogrywach możemy przecież spędzić dziesięć godzin kłócąc się, co mieliśmy nawzajem na myśli 😉

Niesłuchanie wszystkich graczy – niektórzy bardziej charyzmatyczni gracze przejmowali całą sesję. Próbowałem wciągnąć wszystkich pozostałych, ale nie do końca mi się to udawało.

Liniowość – prowadziłem gotową przygodę, i sędziowie chyba o tym wiedzieli. Tak czy siak, chodziło o przejście z punktu A przez punkty B,C, D, i E, zaś następnie z punktu E do C, sedno przygody miały jednak stanowić encountery z dziwnymi quasiarabskimi typami.

Rzecz, która pewnie nie była oceniana, ale ja osobiście uznaję za pomyłkę – to był Wolsung, ale ani razu nie użyłem słowa ‚stawka’.

Co wyszło?

Na warsztatach (ja chyba zmienię ich nazwę na coś w rodzaju „pogaduch MG”), doszliśmy do wniosku, że konwencja komediowa jest jednym z najlepszych sposobów zapobiegania głupawce na sesji. Gracze się wciągnęli (choć Yusif, czeladnik kata nie wzbudził w nich oczekiwanej sympatii), zaczęli mieć własne plany związane ze sprowokowaniem słoni, próbowali zawierać sojusze czy opanować akcje. Powiem krótko, śmiechu było co niemiara. Ten scenariusz jest klasyczną komedią pomyłek.

Nie umiesz zagadać? To rzuć na perswazję, ale powiedz też jakikolwiek tekst. To działa, koledzy, zwłaszcza jeśli chodzi o nowicjuszy (i nowicjuszki).

Gracze trzymali się pałacu i wpadali na dobre pomysły.

Mechanika Wolsunga bardzo fajnie się sprawdziła, mimo że tak naprawdę niewiele rzeczy charakterystycznych dla tego świata znalazło się w przygodzie. Gracze choć niezbyt wykorzystywali karty, to jednak byli co do jednego zachwyceni ich potencjałem. Wykorzystałem też po raz pierwszy karty z przydatnika – tu mały bezczel, jednak warto byłoby dać po dwie karty z archetypów do pudełka.

Po zakończonej rozgrywce poszedłem spać i dobra Ailen dała mi własną oddzielną salę PMMową do spania (yay!). Sprawiło to, że tak naprawdę nie licząc przedsennych rozmyśleń miałem godzinę (bo trzeba było upolować śniadanie i zrobić dość kijową prelkę o superbohaterach [„Kto gra w gry o superbohaterach?… nikt, okej, to kto czyta komiksy?… no dobra, ale wiecie, kto to Batman? a kto gra w Wolsunga, o aż trzech was przyszło, łał.”]). na obmyślenie fabuły przygody. Pomysł na półfinał w tegorocznym PMMie to: „Stworzenie świata”. BG mieli po pierwsze uczestniczyć w tworzeniu świata, po drugie musiał istnieć konflikt – albo wewnątrz drużyny, albo miały istnieć przeciwieństwa, alter ego postaci.

Po rozważeniu kilku pomysłów:

* BG powstali w procesie spontanicznej kreacji, i muszą przedrzeć się przez potwory i stać się bogami nowego uniwersum. (nudne brak konfliktu)

* BG są megakozackimi postaciami z gry RPG, którzy postanawiają zmusić MG do przerobienia ich świata na ich modłę (pomysł niezły, ale raz że zbyt śmieszne i dwa że od żartu do przypadkowego dostania w papę tylko krok). Tym niemniej, hmmmm…

* BG przypadkowo stworzył niekompetentny bóg (a’la Stwórca czy Bóg Ewolucji z ŚD), muszą pomóc mu w dziele stworzenia, ale uniemożliwiają im to ich własne wady konstrukcyjne (nie chciałem robić drugiej czysto humorystycznej sesji).

Widać więc, że orbitowałem wokół dość dosłownego podejścia do tematu (Repek tworzył losowo cyberpunkowy setting i problemy, Morphea postawiła na mistyczne tworzenie krainy w wolsungowym Astralu, beacon zrobił tworzenie Wolsungowej społeczności). W końcu, zdecydowałem się wykorzystać moje niedokończone opowiadanie o Lilith (która zresztą się nie pojawiła), i osadzić akcję w czasie księgi Rodzaju.

BG mieli wcielić się w wyspecjalizowanych aniołów, którzy zostali stworzeni przez Pana (jako osoba mimo wszystko wierząca i nie będąca bucem, z początkiem sesji spytałem czy gracze nie mają nic przeciwko wykorzystaniu mitologii judeochrześcijańskiej, oraz poprosiłem, by Bóg nie pojawiał się na sesji), by pomóc mu w dziele stworzenia.

W skład drużyny wchodzili:

– Nieoceniony Urko w roli Tyraela, anioła szczęścia. Tak zwany angel of bling. Jego grę mógłbym opisać jako „rozsądny cwaniaczek”.

– gość-któremu-prowadziłem-na-Avangardzie (nie kojarzę) jako Pentael, anioł pisma. Idealnie podpasowała mu ta postać, jako spokojnego mędrca i komandosa. Sory, ale chyba ta postać była najbardziej zaniedbana 😦

– Nurgling jako anioł księżyca, porywczy i zadufany w siebie Orael, typ lidera.

– Gniewko jako anioł-chórzysta, jeden z wielu, mogący porozumiewać się tylko śpiewem. Postać kontrowersyjna, gracz trochę ukradł sesję, innych trochę irytował, tym bardziej że poza jego manieryzmem (śpiew), bohater był też dogmatyczny.

– Mikołaj (z którym miałem przyjemność potem zjeść obiad), jako Szlemiel, anioł bagien, który niemal przeszedł na ciemną stronę mocy, i okazał się być pierwszym chciwcem w historii.

O co biegało?

Cóż, po prostu Lucyfer próbował przeciągnąć BG na swoją stronę, BG kłócili się z nim z masą filozoficznych wstawek, które zajęły masę czasu antenowego. Mechanika (akurat wybrałem Savage Worlds), okazała się być małopotrzebna. Miała wywiązać się walka, która zajęła mi całą rundę – zamiast bitwy z Luckiem i jego kumplami, BG postawili go przed sądem. W międzyczasie zdołali stworzyć masę rzeczy.

Sesja była ambytna i wogle. Do tego stopnia, że późniejszy zwycięzca powiedział, że jeśli nie wejdę do finału to konkurs jest nieważny (HA!). Ej, ja prowadziłem w liceum „na poważnie” sesje w D&D i w Maga i prawdziwej miłości, ale mi się to znudziło już dawno, a teraz wiem, że nadal to potrafię (znaczy, teraz to potrafię, wtedy nie).

Co zagrało:

– BG byli bardzo dobrze dopasowani do graczy – bo celowałem w różne rodzaje graczy – anioł szczęścia miał być dla cwaniaka, anioł księżyca i niestety pominięty anioł ziemi (z wielkim młotem) mieli być dla porywczych, anioł bagien dla miłośnika egzotyki i dziwaczności… Odgrywali z zaangażowaniem. Bardzo wkręcili się w „stwarzanie idei” („Gratulacje. Właśnie stworzyłeś piekło.”)

– Miałem wielką frajdę odgrywając NPCów, zwłaszcza Baala, Samyazę i Lucyfera, niestety, zamiary stworzenia anty-grupy BG trochę nie wyszły – ale istniał konflikt, i to taki bardzo podstawowy. Mimo, że fabuła była dość słaba, to jednak bardzo się wkręciliśmy.

– Symboliczne opisy w wypadku aniołów lepiej sprawdzają się. Tak przynajmniej sądzę.

– Pomimo poważnej atmosfery, udało mi się sprzedać masę dobrych żartów, i też się nieźle bawiłem. Na sesję jechałem z przeświadczeniem, że może być to druga najgorsza sesja w moim życiu, byłem mile zaskoczony.

Co nie wyszło?

Znów mogłem być niekomunikatywny.

SW nie pasuje do takich historii – gracze byli zbyt dojrzali, by docenić tę mechanikę – liczyłem troszkę, że będzie duża walka z eksplozjami, w zamian tego sialiśmy pseudofilozoficzne przemyślenia. Z drugiej strony łatwo się ją tłumaczyło. Znacznie bardziej od kostek przydatniejsze były żetony (na zasadzie: daj żeton i bądź tam… teraz mi przyszło jednak na myśl, że zamiast Fate, ta przygoda byłaby wymarzona pod PTA).

Pozwoliłem Gniewkowi zdominować nieco sesję, jak mówiło mi czterech graczy. Wyznam, że tego nie zauważyłem tak naprawdę – więc nie mogłem tego zapobiec.

Co dalej?

No cóż, zdanie o PMM trochę zmieniłem – to okazja do zagrania i poprowadzenia fajnych sesji. IMO jeśli MG ma chęci i zdecydowanie do wystartowania w PMM, to jest to już samo w sobie niezły argument do zagrania u niego. Jednak dalej uważam, że system punktacji jest na poziomie zeszłego wieku. Czy wystartuję jeszcze na PMM? Jeśli będę na tym samym konwencie, to może – na razie jednak chodzą ploty że w przyszłym roku będzie na drugim krańcu Polski.

Co do konkurencji, cieszę się, że mogłem zagrać wcześniej u obojga finalistów (Repek, poprowadź coś kiedyś, to przyjdę!. Czterej półfinaliści znają się i byli na tym samym chlańsku ekskluzywnej imprezie :).

U Morphei mogłem zagrać na Avangardzie (chyba?), rok lub dwa lata temu, w Wolsunga. Było fajnie i sympatycznie, bo Kasia jest uroczą damą. Jest pierwszą kobietą w finałach PMM i kiedyś pewnie wygra ten głupi konkurs.

Beacon prowadził nam minikampanię, i wiem że jest bardzo dobrym MG. Jakoś tak w tym roku wyszło, że RPGowo beacon przytłacza wszystkie moje osiągnięcia. Obydwaj nakręcamy się wzajemnie na Quentina – bekon zdobywa wyróżnienie. Obydwaj piszemy do Wolsunga – bekon jest też redaktorem. Obydwaj startujemy w PMMie – bekon wygrywa. Obiektywnie więc, beacon jest ode mnie lepszy, więc go nienawidzę (a, i na ZjAvie wygrał też loterię MG, buc.). Gratulacje Jarosławie, w pełni zasługujesz. Miłych sesji D&D4e ;P

Reklamy

7 thoughts on “Powrót syna ssającego fandomu

  1. Erpegisie, ostatni akapit to najprzyjemniejsze, co czytałem 😉 U Ciebie nie grałem, ale na pewno jesteś także świetnym MG (sądząc po zadowolonych gębach graczy). Wiem natomiast, że jesteś fajnym graczem i napisałeś jedne z lepszych fragmentów „W pustyni”, przy których na dodatek miałem najmniej poprawek 😉

  2. Fajna relacja, miła lektura.

    Co do prowadzenia – może kiedyś na jakimś konie. Z natury jestem leniwym MG i wolę prowadzić w domku dla dobrze znanych ludzi. Dlatego PMM był fajnym pretekstem do zmierzenia swoich pomysłów i swojego podejścia z nieznanymi graczami. Dla mnie to był największy atut.

    Pozdr.

  3. DUDE – Półfinałowa sesja była jedną z najlepszych sesji jakie grałem. Było naprawdę niesamowicie. Opisy nie były potrzebne. Zrobiłeś coś dużo lepszego – jako mg nie przeszkadzałeś graczom. Byleś niczym delikatna bryza kierująca ich w odpowiednim kierunku gdy było trzeba.

    Uważam zarzut który twierdził że „gracze zdominowali rozgrywkę” zasłyszany od któregoś z jurorów (na prawdę nie pamiętam – Tor?) za … chybiony.

    Gracze bawili się świetnie = mg był dobry.

    Masz jedną dość mocno denerwującą mnie manierę – wtrącasz w czasie gry wypowiedzi mocno oderwane od samej rozgrywki np: na zeszłorocznej zjawie co 10 min sesji mówiłeś „Ale wy wiecie, że gramy w komedię tak? No to śmiejcie się!”. Na PMM też były takie perełki ale – było ich znacząco mniej.

    Uważam, że:

    1. MG powinien przygotować pomoce: nie mówię tu o rzeczach kalibru Wojtkowych świeczek, ale o np: napojach dla graczy, dobrze zatemperowanych ołówkach, gumkach, temperówkach, kartach wydrukowanych na fajnym papierze (grubym/kolorowym), fajnych znacznikach (Morphea miała fajne kamyczki), kartkach do notowania dla graczy, spisanej historii postaci (tak na pół strony – oczywiście do tych gotowych), portretach co ważniejszych BN’ów itd itp.

    Nie kosztuje to dużo (pieniędzy – bo pracy jak najbardziej) a daje niesamowitą satysfakcję dla graczy.
    Przykład: Znowu Wojtek… niech będzie: Wchodzę na sesję na Polconie 2009 (nie żadną tam konkursową) i dostaję kartę w kolorze mojego klanu.Wydrukowaną na kartonie. Wypełnioną czarnym wyraźnym pisakiem. Z autografem Johna Wicka. Urwało mi dupę…

    2. Uważam, że „tworzenie przygody na kolanie” jest bardzo niefajnym punktem PMM. Rozumiem improwizacja… ale… Dobry mistrz gry nie musi wymyślać całej przygody w 3 godziny. Musi elastycznie reagować w czasie sesji.

    Jestem zdecydowani za tym by tematy półfinałowe tematy scenariuszy były przekazywane mistrzom gry np dwa dni przed konwentem. Koniec. Kropka.

    3. Mimo, że dano dla PMM całe piętro – odbiło się to na ilości/dostępności graczy.

    4. Mówiłem że sesja była fenomenalna?

  4. Okej, dzięki za wskazówki. Co do pomocy dla graczy – jestem przeciw. To nie jest konkurs na zabawki, tylko na MG.
    Co do wtrętów – to pewnie masz rację, ale na tym PMM nie chciałem, byśmy się zatracili w pseudofilozoficznych wywodach – stąd próby zejścia na ziemię.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s