21
lis
09

Wolsung: GOR – Ciemność w muzeum

No to poprowadziłem Wolsunga. Tak jak planowałem, w serii krótkich małych jednostrzałówek. Graczy niestety nie było zbyt wielu – zgłosiło się dwóch, jeden musiał wyjść przed szóstą, zatem po krótkim i entuzjastycznym opisie świata, gra okazała się być “jedynką”. Jak to miło, że w podręczniku są zasady na to pozwalające. Z paskudnym Panem Ciemność zmierzył się zatem Kamil, odgrywający rolę myśliwego, pana Dragana Bazinescu.

Pan Ciemność, jak przed misją wyłożył niziołkowi jego zwierzchnik, tajemniczy Pan X, jest jednym z najpodlejszych włamywaczy, jakich nosiła ziemia. Potrafi przenikać do najbardziej strzeżonych miejsc i zawsze zdobywa swój łup. Dragan uśmiechnął się tylko, i zaprezentował panowi X swoją strzelbę na wampiry. “Na włamywaczy też działa”.

Czytaj dalej ‘Wolsung: GOR – Ciemność w muzeum’

20
lis
09

Trochę o byciu tfurcom

Jednym z nielicznych plusów bycia bezrobotnym jest nadmiar wolnego czasu. Coraz więcej tego nadmiaru przeznaczam więc na RPGowe projekty: fanowskie tłumaczenia, scenariusze, materiały na sesje. Jeden z efektów tego nadmiaru czasu widzieliście jakiś tydzień temu, inne może zobaczycie niedługo. Zresztą, równie dobrze mogę napisać, co mam aktualnie na tapecie, może ktoś zgłosi się do pomocy, a może ujawnienie tego publicznie zmotywuje mnie do działań? Jeśli coś wam się podoba, piszcie, może okaże się że nie mam słomianego zapału.

Czytaj dalej ‘Trochę o byciu tfurcom’

15
lis
09

Karnawał Blogowy #5: Nie bądź świnią

Jeśli chodzi o najważniejsze reguły to jest nią jedna:carnival

Nie bądź głupią świnią i daj innym żyć.

Czytaj dalej ‘Karnawał Blogowy #5: Nie bądź świnią’

12
lis
09

Nie graj w Champions z MG nienawidzącym superbohaterów

QuantcastTym razem nie o Wolsungu. Nie ma to jak przetłumaczenie tekstu sprzed ponad dziesięciu lat.

Na poniższy tekst autorstwa Stevena Howarda natknąłem się przeczesując mroczne otchłanie Internetu, i w zasadzie zgadzam się z większością przedstawionych w nim tez. Zatem niniejszym przetłumaczyłem go, za zgodą autora (trochę trwało, zanim znalazłem faceta). Fakt, książka wyszła ponad rok temu, ale nie tak dawno toczyły się dyskusje na jej temat w necie, więc zmotywowałem się i skończyłem tłumaczenie.

Zapraszam zatem do lektury i dyskusji.

Czytaj dalej ‘Nie graj w Champions z MG nienawidzącym superbohaterów’

10
lis
09

Grupa Obrońców Rzeczywistości – członkowie

Niby udało mi się znaleźć miejsce do gry w Wolsunga i ludzi, ale i czasu i ludzi jest za mało. Postanowiłem więc rozpocząć akcję promocyjną. Od przyszłego tygodnia będę zaglądał do klubów Elizjum i Pionek na terenie Białegostoku, i będę gotów do poprowadzenia jednostrzałówek każdemu, kto o to poprosi. Na graczy czekają już przygotowane postaci, krótki przewodnik po świecie i szybkie wytłumaczenie mechaniki. A oto opis pregenerowanych postaci i zarys “kampanii”, czyli założenia serii. Czytaj dalej ‘Grupa Obrońców Rzeczywistości – członkowie’

29
paź
09

Wolsung, wolsung ueber alles! czyli jak rozpętałem flejm Wolsungowy

„Recenzji Wolsunga nie napiszę”, myślałem do niedawna, bo recenzję powinni pisać krytycy, nie fani. A fanem Wolsunga jestem od ponad pięciu lat, więc moja recenzja byłaby bezwartościowa, jako że nie wymieniłbym wad gry. Pewien byłem, że zrobią to inni, podchodzący do gry na spokojnie. I owszem, znaleźli się. Poza wadami, które są oczywiste (chaotyczny układ podręcznika), znaleźli się krytycy, równie dojrzali i wyważeni jak ja.

Od razu mówię, będzie fanwank. Będzie moja żarliwa i niedojrzała obrona, będą wyrazy, naruszenie praw i nieudolne wywyższanie się. Będzie moje uwielbienie dla autorów i chęć nadania ich imion moim pierworodnym córkom. Wiecie, w Prawdziwym Życiu™ mi nie idzie, więc rekompensuję sobie moje frajerstwo poniżaniem jeszcze gorszych frajerów, zwłaszcza jeśli mają mniej niż 18 lat i wypisywali te rzeczy na mniej lub bardziej zamkniętych forach internetowych. Internet to dziwka, a potem się umiera, chłopcy i dziewczęta. Cytaty więc cytuję dosłownie, być może wyrywając je z kontekstu, nie podaję Nicków i adresów, bo tak – chyba że ktoś mówi z sensem, wtedy może podam.

Podoba mi się to że rzucamy k10

No więc jaki jest Wolsung wobec polskiego stadka młodych zdolnych graczy RyPyGy? Zacznijmy może od mechaniki, bo tutaj łatwo jest wskazać konkretne babole i dziury w systemie, prawda?

Podoba mi się to, że system jest inny i jest w nim więcej GRY niż w innych RPGach

Mechanika wydaje mi się zbyt oryginalna.

Przyznam szczerze, że tak dziwnego systemu jeszcze nie czytałem.

Mechanika jest już trochę dziwna. Rzuty kostkami, żetony, karty, znaczniki odporności….. chyba ktoś przesadził z ilością wymieszanych pomysłów.

mechanika – (przekombinowana)

System jak dla mnie przekombinowany

Kręcenie i zagrywanie kart jak w Magicu, tony żetonów i innych akcesoriów opisujących co ma robić postać, etc… Skreślam takie systemy na starcie.

Mechanika jest, według mnie, nie przetestowana w praktyce. Rozwiązanie tutaj zastosowane jest jak dla mnie przekombinowane. (…) Dziwny system.

Ooookej. Znaczy co? Bo często kończy się to na właśnie takich tekstach. Bez dodatkowych informacji? Nie powiesz co cię dziwi i odstrasza? Bo co? Dobra. Mamy karty, dwie k10 i żetony. Wydajesz żeton by rzucić dodatkową kostką, lub dostać +1 do testu. Wydajesz kartę by móc opisać jakiś element tła i dostać za to w nagrodę od +3 do +10 do testu, albo nie musieć rzucać kostkami w ogóle. Takie rzeczy masz praktycznie w każdej grze, i to nawet w tych, które wychodziły w Polsce. W Crystalicum, Cyberpunku, Warhammerze nawet, były Punkty Szczęścia. W L5K, 7S miałeś Pustkę czy Animusz czy coś tam. To było. Ale generalnie jednak sytuacja nam normalnieje. Chyba.

Wygląda na to, że ukształtował nam się w Polsce jeden sensowny wzorzec mechaniki. Wolsung od tego wzorca odstaje, więc logicznie jest inny, obcy, dziwny i przekombinowany. Nasz Wzorzec Polski ukształtował w tej chwili już chyba D&D3, WFRP, raczej pierwsza edycja niż druga, Zew Cthulhu i po części chyba L5K (to też materiał na fajnom ciekawom blognotkie). Wolsung sporo czerpie z gier nowych, z gier Indie – rozwiązania z Burning Wheel, czwartej edycji dedeków (hm, podręcznik do Wolsunga wyszedł wcześniej niż DMG2 do czwartej edycji, w którym jest wiele porad o umożliwieniu graczom wpływu na sesji. Jesteśmy Dybest?) czy Mouseguard.

To co nowe, może podobać się nerdom aktywnym, którzy coś piszą i próbują klecić na własną rękę. Zastraszy i wyalienuje zwykłych ludków, którzy kupili by dostać coś nowego, a dostali coś, co trochę ich przerasta i nie pasuje do wyobrażeń o mechanice idealnej.

Dobrze to podsumował Tadeus na forum lastinn: Tutaj zamiast mechaniki wspierającej narrację, mamy narrację, którą musimy dopasować do mechaniki. To chyba nie jest do końca tak, ostatecznie jeśli gramy uczciwie w każdą grę, to do mechaniki (dostałeś za 20, umierasz) zawsze musimy dodać fajny i ciekawy opis (dostałeś pazurami za 20, boli, plujesz krwią, pamiętasz swoją matkę, umierasz).

To taka Anglia, tylko że rządzą elfy

A świat? Bo świat Wolsunga uwielbiam, lubię myśleć że w lekki sposób przyłożyłem doń rękę, i uważam za bardzo fajny i nośny.

Bez znajomości historii naszego świata prawie nie da się grać. Zakładam że są ludzie którzy święcie wierzą w potęgę wyobraźni ale kiedy w podręczniku przy każdym państwie mamy przypis wyjaśniający jakim państwem w naszej rzeczywistości jest to naprawdę wiele mówi, nie tylko na temat kreatywności.

Problemy są w sumie tylko z pałętającymi się wszędzie rasami nieludzi i wszechobecna magią – przez nie świat odbiega od większości przygód, znanych nam z książek, czy kina.

za dużo odniesień za mało czystego opisu

nie interesuje mnie dokładny opis krain, zwłaszcza, że większość to np ‘XIX wieczna Szwajcaria’, ‘fantastyczne Włochy’ etc.

Małą oryginalność można zarzucić opisom świata i jego historii, gdyż ewidentnie bazują na naszym świecie. Z jednej strony czyni to grę mniej ciekawą, a z drugiej ułatwia prowadzenie gry. Można w zasadzie przeczytać jedynie parę linijek i opierać się na swojej wiedzy o geografii, kulturze i historii danych regionów. (racja!)

Poza tym zbyt często opisie ras pojawia się dokładnie ten sam element czyli szpiczaste uszy.

Jak ktoś liczył na szczegółowy opis każdej wsi i listy 20 potraw charakterystycznych dla danej doliny to też ich brakuje. Opisy świata uderzają ponownie raczej to co znamy z 7th Sea, czyli są dość ogólne i nastawione na raczej to by gracze mieli się gdzie postrzelać na latających wiwernach tocząc dysputę teologiczną niż by było całkowicie logicznie i dokładnie.

Fakt, gość ma rację, z tym że w 7th Sea zasad o statkach niezbyt było wiele, mechanika zaś z jakichś przyczyn uznawała za czynność trudną przecięcie liny jednym strzałem. Ponieważ jestem przezajebistym mistrzem i graczem, oto cytat z mojej pierwszej sesji D&D gdzie mistrzowałem.

Ja: Nagle słyszysz straszliwy łoskot, i nagle zza rogu wytacza się na ciebie ogromna, ciemna, granitowa kula. Wielki głaz pędzi prosto w twoją stronę, co robisz.

Tomek: Mogę ją jakoś zatrzymać?

Inni gracze: Jak wielka jest ta kula, jak szybko pędzi? Stary, uciekaj, jesteś już martwy.

Tomek: Zatrzymuję ją! Napinam mięśnie i łapię.

Ja: Stary, to wielka, dwa metry średnicy, co najmniej dwutonowa kamienna kula, a ty jesteś pierwszopoziomowym wojownikiem. {Szeroki uśmiech, rzut oka na kartę postaci} Musisz wyrzucić 16 lub więcej.

D&D, heroizm, pałer i odwaga. Graczowi nie udało się, fabularnie zwichnął rękę, stracił 1 healing surge i zdołał rozwalić jeszcze kilku koboldów i smoka. Trudne? Nie. To jest zadanie niemożliwe. Do zadania trudnego musiałby wyrzucić… 8?

Ale odbiegam tu od tematu.

Świat Wolsunga nie jest oryginalny? Zadziwiające, ale czasem wolę rozgrywać przygody w XIX-wiecznej Szwajcarii, niż w Księstwie Fegadzgasupadnieandamalandii. O ile Księstwo takie ma pewnie sporo zalet, to łatwiej wszystkim wczuć się w XIX-wieczną Szwajcarię. Zarzucamy skojarzenia: banki, scyzoryki, zegarki, każdy ma broń pod łóżkiem, neutralność, dokładność, uzdrowiska. Dorzucamy krasnoludy i ich germańską mentalność, dorzucamy wywiady i maszyny różnicowe/komputery, bogactwa Gnomów z Zurych… Falkennest, dorzucamy turnieje strzeleckie a’la Wilhelm Tell, i mamy Westrię. Pomysł z naszego świata+magia do łatania dziur + parowe maszyny i konflikty do podkręcenia i utajnienia. Prowadzenie D&D nauczyło mnie jednej ważnej reguły RPG:

Gdy tempo gry zamiera, zza rogu wyskakuje wściekły dinozaur.

I tak jest w Wolsungu chyba domyślnie. Przynajmniej tak ja będę prowadził. Może dinozaury zamienię na parowe behemoty, by było ciekawiej.

Oryginalność to jest kolejny Fetysz Polskiego RPG. Wszystko musi być nowe, fajne, wykręcone i świeże. Na Oryginalności i Mhroku jedzie Klanarchia, zdobywająca sobie już niezłą grupkę fanów (zróbmy na konwencie mecz piłkarski Klanarchia kontra Wolsung? Mogę stać na bramce :D ). Na niebanalności i fantastycznych wizjach postapokaliptycznego świata jedzie Neuroshima – każda lokacja tam jest inna, odmienna od wszystkiego i nie pasująca do świata realnego. A Wolsung jest dość swojski. Na podobne w gruncie rzeczy zarzuty Bothariego Lucek dość rozsądnie odpowiedział na stronie gry, i się z nim mniej więcej zgadzam.

I normalnie +5 za żeton, +10 za dżokera, +5 za czar, +9 za speckę, i podniosłem ten Uniwersytet i rzuciłem nim w Doktora Śmierć.

 

A co z konwencją? Z grywalnością? Innymi pierdółkami?

gracze nie powinni przejmować się załatwianiem takich szczegółów jak normalna broń, transport, czy pieniądze. (parę osób to zdziwiło, i uznawały to za wadę – erp)

Ich (gadżetów) niezniszczalność i możliwość wyciągnięcia ot tak jak królika z kapelusza wydaje mi się znaczną przesadą.

Gra jest “epicka”. Umierającym postaciom mówimy nie. Klimat “Indiany Jones’a” wręcz bije po oczach.

Nie podoba mi się obowiązujące ‘dżentelmeństwo’ bohaterów (…)

To może tak.

Wolsung jest pierwszą w Polsce grą o superbohaterach.

Postaci mają niezwykłe moce? Tak.

Mierzą się z Łotrami o mrocznych sercach? Tak.

Reprezentują coś sobą? Tak, kulturę, cywilizację i inne ideały.

Mają fajny sprzęt, ciuszki i tajne bazy? Tak.

Gra skupia się na akcji? Jak najbardziej Tak.

Więc, niezależnie od poziomu mocy, wywijania steampunkiem i magią, gra pozostaje grą o superbohaterach. Podobnie jak powyżej, działającą na innych, nieznanych do tej pory w naszym kraju regułach. Gracze nie do końca załapali konwencję. Oczywiście, Wolsung to nie tylko rzucanie traktorami w potwory, ale zawsze jest tam obecny pewien element komiksowy.

Ja akurat (i chyba niektórzy twórcy gry też) jestem m.in. dzieckiem komiksów z TM-semic. Się na nich wychowałem, na pełnych przemocy opowieściach o Batmanie i Spider-manie. Hej, wczesne lata 90. I wysyp komiksów pełnych krwi i przemocy! To moje pokolenie pewnie dużo motywów Wolsungowych by chwyciło, ale młodsi by chwycili bardziej filmy niż komiksy.

Reasumując: gówniarze z definicji są głupi, do Wolsunga trzeba się przekonać i dać mu szansę, podejść z dystansem skupiając się na akcji i humorze, zaś Polscy Rolplejowcy poza mną i autorami Wolsunga są brudni i niedomyci.

10
paź
09

Tanie chwyty pod publiczkę

Korzystając z koniunktury wytworzonej przez konkurs wolsungowy, postanowiłem napisać tutaj różne ciekawostki.

Wolsung planszowy podobno do mnie niedługo zostanie wysłany, zaś na fabularnego będę czekał już tylko dwa miesiące – chyba że wcześniej dostanę pracę. Cieszę się, że wygrałem, zwłaszcza z aliganckich kart. Problem będzie tylko ze znalezieniem graczy, ponieważ wróciłem w międzyczasie do rodzinnego miasta, gdzie drużyny znaleźć nie mogłem jeszcze dawno temu. Ale znajdą się, choćbym miał poczekać kilka miesięcy.

Zresztą, z Wolsungiem związany jestem od dawien dawna, jeszcze gdy miał zostać wydany przez ISĘ na d20 modern. Lubię systemy, w których w zasadzie wszystko może być użyte jako pomysł na przygodę, i Wolsung jest – nie tylko wśród polskich gier – doskonałym przykładem takiego świata. Cały świat, każdy kraj czy nawet każdy potwór jest pisany pod grę. Mechanikę poznałem podczas Parowych Opowieści, i bardzo mi się spodobała, więc nawet jeśli po kupieniu nie zagram w Wolsunga od razu, na pewno będę często sięgał po podręcznik. (Teraz zastanawiam się, jak mój superbohaterski setting zadziałałby na mechanice W? Pewnie średnio, choć mechanika konfrontacji jest całkiem komiksowa)

Innym powodem do radości jest fakt, że co najmniej jeden mój pomysł jest w Wolsungu – nazwę odpowiednika Walii podsunął mi mój znajomy: “Gwathman” pochodzi od ‘gwath’ – ‘pada deszcz’. Taka drobna alluzja. :) Ale to mała rodzynka na torcie, związana z tym, że już niedługo będę mógł własnego Wolsunga dotknąć.

Dobra, to tyle lizidupstwa (musi być przynajmniej jedno niecenzuralne słowo w co drugiej notce), teraz o mojej niezrozumiałej twórczości. Zbliża się listopad, czyli słynny już NaNoWriMo – Narodowy Miesiąc Pisania Powieści. Zamierzam przynajmniej zacząć. Mam pomysł, nawet kilka, jednak muszę jeszcze ustalić o czym powieść będzie, i kto ma być jej bohaterem – myślę jednak że pójdę albo w stronę komediowego bardzo lekkiego SF. Ale to się jeszcze okaże!

30
wrz
09

PKW: Czym jest dla mnie steampunk?

Wolsung: Pagia Wieku Mary

Wolsung: Pagia Wieku Mary

- Czym dla mnie jest steampunk? Cóż za ciekawy temat do dyskusji, panowie. – po słowach Kapitana członkowie klubu ściszyli na chwilę swoje rozmowy. Zapowiadała się kolejna ciekawa wymiana zdań. Głos zabrał Podróżnik w Czasie.

- Przede wszystkim, panowie, chodzi tutaj o historię, bo każdy wszak wie, co to era wiktoriańska. Czytelnik, słuchacz, gracz – każdy z nich o wiele bardziej identyfikuje się ze sobie znanymi realiami. Gdy opowiemy historię, której bohaterowie ratują Londyn przed atakiem przybyszów z Marsa – co, swoją drogą niemal się nie zdarzyło, gdyby nie mój wehikuł… – jej odbiorcy identyfikować będą się z bohaterami znacznie bardziej niż z protagonistą fantastycznego romansu wśród Elojów i Morloków, nieprawdaż?

- Realia fantastyczne, profesorze, mają wiele zalet – odparował Heros – Proszę też o nie obrażanie szlachetnej planety Mars. Zaletą Marsa na przykład jest jego nierealność, poczucie fantastyki i niesamowitości, co w dzisiejszych ponurych czasach jest nie do przecenienia.

- Ależ o tym właśnie miałem mówić! Dlatego właśnie mówię o steampunku, gatunku jak najbardziej fantastycznym, nie zaś o grze czysto historycznej. Siłą steampunka jest właśnie jego fantastyczność, mechaniczne i gigantyczne urojone wynalazki, które, jak szanowny pan raczył zauważyć wywołują ten dziecięcy nieomal zachwyt techniką. Nie chodzi tu tylko o akcję, ale o alternatywną historię. Wszyscy lubimy się zastanawiać „a co jeśli…?”, a historia techniki od tego wieku nieodwracalnie splata się z historią narodów. Przez tę alternatywność łatwo jest manipulować historią, naginać ją do swoich potrzeb.

- Technika dziewiętnastowieczna – dodał Wynalazca – ma nad dwudziestowieczną tę przewagę, że jest… je ne sais quoi… bardziej przezroczysta. Wynalazki są mechaniczne, działają tak, jak powinny działać i mają pewną szlachetną prostotę połączoną z piękną secesyjną estetyką.

- Oczywiście. – zatarł ręce Podróżnik w Czasie – Cały czas obracamy się w kręgu jednej epoki, a z nią każdy dojrzały odbiorca miał wszak kontakt – nie tylko w szkole, wielu na pewno sięgnęło po książki (lub ich adaptacje) powstałe w tym czasie – wszak to złoty wiek powieści! To – a mówię to z własnego doświadczenia – pierwsza epoka, z którą odbiorca dwudziestowieczny będzie się mógł utożsamić w pełni.

- A przez to że jest pierwsza, jest też wystarczająco obca?

- Sprytnie pan to wydedukował – uśmiechnął się Profesor.

- Cóż, taki zawód – wzruszył ramionami Detektyw. – Chciałbym jednak dodać, że steampunk jest bardzo często, acz nie zawsze, pastiszem. Oznacza to wielką swobodę w tworzeniu historii! Autor ma dostęp do wszystkich wizji, które wytworzył wiek XIX, wszystkich archetypów powstałych w tym okresie, które są tak zakorzenione w dwudziestowiecznej kulturze masowej… Chyba ta rozmowa najlepiej o tym świadczy.

- Ale postmodernizmem pan pojechał – mruknął Autor – Nie jest to przecież „Kochanica Francuza”?

- Steampunk to JEST postmodernizm, jak zresztą spora część fantastyki. Nie chodzi tutaj jednak o opowiadanie w koło wciąż tych samych historii, ale o twórcze nimi manipulowanie. Ot, choćby taka ulubiona postać geniusza zła – powtarza się w wielu historiach, ale przecież cały czas powstają teksty które wnoszą coś nowego do tej roli.

- Ależ zapominacie panowie o najważniejszym! – wykrzyknął Heros – Dziewiętnasty wiek to przecież tak naprawdę ostatni okres, gdy na mapie naszego globu znajdowały się jeszcze białe plamy! Jedną z najwspanialszych przyjemności dawanych nam przez historie jest bycie odkrywcą. Tak wiele osób chce być gdzieś jako pierwszy człowiek na Ziemi! Steampunkowe przygody dają nam szansę nie tylko odkrywania dżungli w Afryce, ale też i Zaginionego Świata Dinozaurów pod lodami Antarktydy, udania się tam w Sterowcu i ostrzeliwania dinozaurów Promieniami Śmierci. Tak, od steampunku niedaleko do pulp fiction.

- A wie pan jak mówią na steampunk we Francji?

- Le steampunk?

- Nie wiem, możliwe – odparł Wynalazca – lecz tutaj chyba pan przesadza. Wcześniej wspomniałem o estetyce, i to właśnie estetyka jest bardzo ważnym elementem. Dżentelmeni we frakach, damy w garniturach, bogaci i do cna zepsuci przemysłowcy, miejska biedota. Ech, trudno w dzisiejszych czasach o dżentelmenów i damy. Ale to fantastyka, więc dorzućmy wynalazki – potwory, łodzie podwodne, statki powietrzne. Lubimy wymyślać reguły? A świat wiktoriański na regułach wszak zbudowano.

- Ha! Ale nie cały! Yippie-ka-yay, farmerze melonów! – wrzasnął Heros wywijając kapeluszem – Tutaj trzeba dodać o jednym kawałku tego świata, który był nieco inny, ale lubiany. Chodzi mi o Dziki Zachód. To jest mitologia Ameryki, to co można cenić w historii tego kraju, o to co w nim było dobre i co – potworne. To może moje osobiste gusta, ale Dziki Zachód niezwykle łatwo wpleść w steampunkowe historie.

- Nie tylko Dziki Zachód, i byłbym wdzięczny gdyby pan tak nie krzyczał. Poza Dzikim Zachodem w konwencji powieści przygodowej mieszczą się też opowieści o piratach, wojna, romans oczywiście, historie kolonistów… – Detektyw nabił fajkę tytoniem – a dodanie niezwykłej techniki czy innych anachronizmów często potrafi bardzo uatrakcyjnić takie historie.

- Oczywiście – nadął się Heros – Co jest lepsze od walki z piratami? Walka z powietrznymi piratami zombie!

- W istocie.

- Oczywiście.

- Jeśli tylko dosiada się pterodaktyla.

Po krótkiej chwili ciszy Podróżnik w czasie odchrząknął.

- Dobrze więc, zreasumujmy. Steampunk to:

* Realia, z którymi łatwo nam się utożsamić.

* Fantastyczne wynalazki, docenianie i wyczuwanie techniki.

* Pastisz, postmodernizm, historia alternatywna. Eklektyzm dotyczący bardzo dobrze znanej epoki.

* Odkrywanie nowych światów w duchu epoki

* Niesamowite przygody – na Dzikim Zachodzie czy w nieznanych ziemiach.

Wydaje mi się, że to kluczowe elementy tego, jakże ciekawego, gatunku. Na tym wypadałoby zakończyć naszą rozmowę.

20
wrz
09

Top fajf, czyli pięciu moich ulubionych superbohaterów

Przepraszam, że długo w tym miejscu nic nie pisałem, ale byłem zajęty szukaniem pracy. Ponieważ, niestety, ten stan długo jeszcze będzie trwał, postanowiłem co jakiś czas wrzucać tutaj nie wnoszące nic nowego popierdółki.

Zatem, bez adoracji i wariacji zapraszam na ranking moich 5 ulubionych bohaterów z komiksów. Ściśle mainstreamowych, więc proszę nie spodziewać się tu The Amazing Screw-on Head:

5. Batman

Batman jest wielki. Batmanów jest, oczywiście, co niemiara, od głupawego Batmana z serialu, przez groteskowego Batmana z dwóch pierwszych filmów, aż po niedogolonego, przeklinającego Goddamned Batmana Franka Millera. Batman spośród superbohaterów wyróżnia się nie tym, że nie ma supermocy, bo ma. (Bohater komiksu bez supermocy to niektóre inkarnacje Punishera – tyjący facet po pięćdziesiątce). Z Batmanem, przynajmniej mi, trudno jest się utożsamiać. To bohater, który całkowicie stał się maską. Maską, przykrywką, jest w tej chwili Bruce Wayne. Batman żyje w tej chwili wyłącznie zemstą. I dlatego go lubimy. Bo mamy nadzieję, że gdzieś jest jakiś człowiek, który wyrównuje krzywdy.

4. Superman

Superman to kilkadziesiąt lat komiksów, filmów, kreskówek… nie tylko o Supermanie, ale też kilku milionów jego parodii. Superman to kwintesencja wszystkich bohaterów. W Supermanie najlepsze jest to, że jest taki nierealnie idealistyczny. Oto człowiek, który sam jeden może niszczyć światy, przenosić góry, pokonywać armie… i decyduje… pomagać ludziom. Z jednego prostego powodu. Bo Tak Trzeba. O ile Batmana definiuje żałosna w sumie motywacja (“Moi rodzice zginęli, buu huu”), o tyle Supermana definiuje przede wszystkim jego przywiązanie do obowiązku, i niezłomna wiara.  Supermena się ceni, bo samemu się chce być Supermanem, Batmana – bo Batmana się potrzebuje.

3. Deadpool

W przeciwieństwie do wszystkich pozostałych bohaterów na tej liście, Deadpoola nie lubię za jego motywację, bo jest nią jego wariactwo. Deadpool po prostu  uosabia najlepiej jeden z aspektów  superbohaterstwa – fajne teksty i humor. To jeden ze śmieszniejszych mainstreamowych komiksów Marvela. Po prostu.

2. Spider-man

Ci, co mnie znają, z pewnością spytają: “Dlaczego tylko drugie miejsce?”. Odpowiedź jest prosta – ostatnimi czasy Spider-man stoczył się. Komiks, nie postać. Chociaż postać też. Straszliwie durne linie fabularne, ożywianie postaci, które od 30 lat były martwe, i całkowite wypaczenie charakteru wielu innych, w tym samego Parkera. Ale idea Człowieka Pająka jest świetna. Oto bohater, który łamie prawo, oto bohater, którego nienawidzą te osoby, które ratuje, którego największym przeciwnikiem jest codzienne, szare życie. Bohater, który, gdyby przestał być bohaterem, osiągnąłby sukces.

O ile chcę być Supermanem, to już po części jestem Spider-manem: zakompleksionym frajerem, który wie, że jeśli się postara, coś mu się uda.

1. Invincible

Albowiem łączy w sobie wszystko powyższe – bohatera zmagającego się z przeciwnościami, z codziennym życiem, z własnym ja, oraz jest niebywale śmieszny. Invincible jest tym, czym powinien być Spider-man.

18
sie
09

Vertigo, czyli zawroty głowy

Przepraszam, że tak hipohondrycznie nawalam, ale naprawdę źle się czuję. Od kilku dni uporczywie kręci mi się w głowie. A gdy akurat nie kręci się, to od środka ktoś próbuje rozsadzić ją młotkiem. Trudno mi się przez to skoncentrować, a w wypadkach ekstremalnych przejść kilkadziesiąt metrów ulicą. Czasem pocę się. Czasem serce mi pika jak klapa od śmietnika. Czasem bolą mnie plecy.

W poniedziałek myślałem że to lekki kac po niedzieli, i wybrałem się na długi, kilkugodzinny spacer, na którym nabawiłem się odcisków. Nie mam apetytu, ale chce mi się pić. Jak na złość jeszcze mieszkam w akademiku, i wieczorem był koncert za oknem, podczas którego się nie wyspałem, kompletnie. To przypisałem zmęczeniu po spacerze, koncertowi, i ogólnej pokacowości. Ale dziś postanowiłem, że pójdę do lekarza.

Problem jest taki, że się obroniłem, ale nie odebrałem dyplomu. Mam ważną legitymację, więc mam chyba status studenta. Jutro z samego rana dzwonię do przychodni, by zorientować się co i jak. A jak nie, to do lekarza rodzinnego, 200 kilometrów od Warszawy. :(